Polityka otwiera archiwum

7 lut 2007 | 10:16 | Internet, Media, Prasa | Dodane przez: Piotr Zalewski | Skomentuj

Polityka, otworzyła nową wersję swojej strony internetowej. Lecz co najważniejsze - archiwum tygodnika wreszcie jest ogólnodostępne. Zawiera wszystkie artykuły od 1999 roku, niestety bez zdjęć i infografik.

To dobry ruch ze strony Polityki. Konkurencyjny tygodnik Wprost, który również kilka dni temu zaprezentował nową wersję serwisu online, każe sobie za archiwalne artykuły płacić.

Obie witryny mają bardzo słaby zasięg, na poziomie kilku procent. Płatne archiwum i brak narzędzie interaktywnych na pewno jej nie poprawi.




Sieć P4 zaniedbuje internet

3 lut 2007 | 12:35 | Internet | Dodane przez: Leszek Olszanski | Skomentuj

Ale wstyd. 2 lutego nasz czwarty operator komórkowy na hucznej zabawie w klubie (nawet jakoś się ten klub nazywa, bodajże Bedroom). Zaglądam ja 3 lutego na oficjalną stronę operatora a tam po sensacyjnych informacjach ani śladu. Ani słowa o nowej nazwie. Na głównej stronie wciąż widnieje nieaktualna, robocza nazwa P4. W dziale informacji prasowych ostatnia notatka pochodzi sprzed 3 tygodni i traktuje o programie pilotażowym. To znaczy powinna traktować, gdyż jej otwarcie nie jest niemożliwe - błąd 404 ;-) .
Podejście do internetowej informacji firmy, która właśnie w internecie szuka najważniejszych szans na uprawianie interesów (P4 ma upowszechnić w kraju wciąż kulejący UMTS) jest więcej niż niefrasobliwe.
Na szczęście, w sieci działają prężnie strony prywatne, które przejmują na siebie obowiązki
informacyjne działu PR :)

(Na wypadek, gdyby P4 w końcu zaktualizowało swoją stronę, posiadam corpus delicti w postaci screenshotów. Szkoda, że ten blog nie pozwala na ich publikację :-(




Wikiprzecieki

18 sty 2007 | 0:33 | Internet, Dziennikarstwo społeczne | Dodane przez: Leszek Olszanski | Skomentuj

Niewiele pozostało mi do zrobienia. Mój redakcyjny kolega Łukasz opisał sprawę dokładnie a Edwin Bendyk skomentował. W skrócie: Wikileaks to strona na której można umieścić kompromitujące kogoś (w założeniu chińską dyktaturę) dokumenty i dzięki skomplikowanemu algorytmowi szyfrującemu pozostać anonimowym. Potencjalnie mocne narzędzie do walki z cenzurą tylko czy:

1. Ryzykujących życie chińskich dysydentów uda się przekonać, że Wikileaks są bezpieczne?
2. Czy uda im się w ogóle dotrzeć do chińskich użytkowników i poinformować o szansie?
3. Czy dodatkowe dowody na korupcję i terror nad Huang-ho są w ogóle potrzebne, skoro wszyscy mniej więcej wiemy co się tam dzieje a mimo to wolimy prowadzić z Państwem Środka interesy niż walczyć o prawa jego obywateli?

I najważniejsze z punktu widzenia tego bloga: Czy Wilileaks nie przekształci się łatwo w Wikilibell, Wikiblackmail, Wikiredwatch itp.?

W jaki sposób społeczność anonimowych użytkowników oddzieli anonimową informację od anonimowej prowokacji? W Wikipedii mamy do czynienia w informacjami jawnymi, prawdziwość notatek można weryfikować na podstawie wiedzy wyniesionej ze studiów. Tu z definicji mamy nieć do czynienia premierowymi newsami.

Czy przeważy dr WikiJekyll czy Mr WikiHyde?


Tags: , , , , ,


Z papieru do internetu - przyszłość dziennikarzy

14 sty 2007 | 18:05 | Internet, Media, konwergencja, Prasa | Dodane przez: Leszek Olszanski | Skomentuj

Artykuł długi, ale wnioski bardzo proste: Internet powoli staje się atrakcyjnym miejsce zatrudnienia dla doświadczonych w tradycyjnych mediach dziennikarzy a oni coraz mocniej zdają sobie z tego sprawę. I korzystają z tej szansy.

A przyszłość należy do internetowych redakcji, produkujących własne ekskluzywne materiały, daleko, daleko wykraczające poza staroświecki model redakcji internetowej - podajnika wieści agencyjnych.

W Polsce to może jeszcze odrobinkę za wcześnie na ogłoszenie tej tezy (Choć znam, a jakże, sporo dziennikarzy, którzy z gazety przeszli do internetu, np. co najmniej połowa zespołu redakcyjnego Wiadomości24), media online częściej poszukują pracowników młodych i tanich do szybkiego przyuczenia, niż doświadczonych, ze znanym nazwiskiem. Ale to się również zmienia i pewnie będzie zmieniać coraz szybciej, jeśli wypowiedzi takie jak cytowana przez NYT, autorstwa Bena Smitha, dotychczasowego dziennikarza The Daily News in New York “Pozostawanie na stanowisku w gazecie drukowanej wydaje się bardziej ryzykowne niż przejście do internetu”.

Albo takie: „Sfrustrowani dziennikarze, obserwując kurczące się newsroomy a wraz z nimi swoje perspektywy zatrudnienia, widzą ten nowy model prowadzenia interesów w mediach jako pole dla własnej przedsiębiorczości”.

Warto zacząć penetrować to pole jak najszybciej, zanim wyrośnie i okrzepnie na nim nowy establishment. Swoją drogą wieści o śmierci zawodu dziennikarskiego i zastąpieniu profesjonalistów armią niezależnych wolontariuszy wciąż wydają się grubo przesadzone. Ba, nawet prowokują złośliwe komentarze, takie
jak ten znakomity felieton  z OJR.


Tags: , , , ,


Citizen journalism na egzekucji Saddama

6 sty 2007 | 0:47 | Internet | Dodane przez: Leszek Olszanski | Skomentuj

Nie nam rozstrzygać, czym tak naprawdę była egzekucja Saddama Husajna: realizacją wyroku niezawisłego sądu, czy aktem zemsty na byłym dyktatorze dokonanym przez wrogie mu ugrupowania szyickie. Warto natomiast zadać pytanie, czy to czego dokonał jeden z katów to akt “dziennikarstwa obywatelskiego”? Wszystko się zgadza: prosty człowiek, który był w miejscu niedostępnym dla zawodowych dziennikarzy, telefon komórkowy jako narzędzie pracy, potem popularność klipu w internecie, potem “duże media” (np. Al-Dżazira).

Większość mediów poprzestała na szczęście na publikacji filmu z ostatnich chwil satrapy, ucinając materiał po założeniu pętli na szyję. Jak zwykle jednak nie zabrakło takich, którzy - cóż z tego, że w otoczeniu oskarżycielskich słów wobec wykonawców wyroku - zamieścili kompletny zapis egzekucji.

Dla zawodowego dziennikarza taki materiał to raczej pewny tytuł “Hieny roku” a może nawet “Hieny dekady”. Warto jednak zastanowić się również nad odpowiedzialnością “dziennikarza obywatelskiego”. Pzecież każdy człowiek z komórką to dziennikarz, jak uczy nas np. pan Oh.

Dla porządku: autora aresztowano.

Update: Sześcioro dzieci zginęło, podczas zabawy „w śmierć Saddama”. Szczegóły, należy się domyślać,
zaczerpnęły właśnie z amatorskiego filmu.
Mam zamiar dawać tutaj upust mojemu blogorealizmowi od czasu do czasu.




Tytuły internetowe - przejrzystość górą

5 sty 2007 | 0:45 | Internet, Media | Dodane przez: Leszek Olszanski | Skomentuj

Prawie się zacząłem bać. Od kiedy tylko zająłem się redagowaniem strony internetowej krakowskiej GW zostałem orędownikiem tezy iż tytuł internetowego artykułu to nie pole do popisu dla literackiej kreatywności a raczej biblioteczna fiszka pozwalająca podjąć internaucie głęboko racjonalną decyzję: „czytać, czy nie?”. Takie też tezy do znudzenia wykładałem dziatwie w mym skromnym książkowym utworze.

W pierwszym momencie tytuł notatki autorów Poynter Online “Online and Print Headlines Need to Work, not Match” zjeżył mi włos na głowie. Ale na krótko. Eksperyment ze strony internetowej http://dailycamera.com/ pozwala moim przekonaniom spać spokojnie. Oto autorzy strony postanowili poprzestać na dość enigmatycznych “papierowych” tytułach, zaś obszerne wyjaśnienia o czym tak naprawdę jest tekst publikują w tagu “alt” wyświetlanym po najechaniu kursorem na tytuł. Przebicie się przez nagłówki na stronie w celu zdobycia wiedzy o czym nas informują zajmie pewnie z 5 minut. Nie posądzam internautów, by z chęcią podjęli to wyzwanie.

A jednak nie ma ucieczki: W kilku wyrazach nagłówka musi być wszystko co ważne: “co?”, “kto?”, “gdzie?” czasem i “kiedy?”. Kto ma trudności, niech szybko zacznie ćwiczyć.


Tags: , ,


Prezydent Ahmadinedżad człowiekiem roku wg TIME’a.

19 gru 2006 | 23:33 | Media | Dodane przez: Marek Scibior | Zobacz pierwszy komentarz

W tym roku wśród kandydatów na człowieka roku tygodnika TIME pojawił się także kontrowersyjny prezydent Iranu Mahmud Ahmadinedżad. Jak wiemy tygodnik zdecydował inaczej i uznał, że człowiekiem tego roku zostałeś Ty drogi czytelniku jeśli sam wniosłeś wkład w kolektywne zasoby Sieci, jak i ja (mam już jeden wpis w tym blogu).

Gdy tylko świat obiegła w informacja o wyborze TIME’a na zagranicznych politycznie zorientowanych blogach zaczęły pojawiać sie informacje, że decyzja ta jest dowodem braku odwagi tegoż pisma. Osobiście nie widzę przesłanek aby jakoś specjalnie z tą decyzją polemizować, przeciwnie, uważam, że jest przejawem odwagi tygodnika, który umie docenić inne zjawiska i nie ogranicza się do wielkiej polityki. Zacząłem jednak snuć podejrzenia, czy skoro nagrodzono wszystkich tych, którzy jawnie czy też w skrytości ducha robią coś w tym internecie, to może jednak w jakiś sposób nagroda ta przypadła także rzeczonemu Ahmadinedżadowi.

Sprawdziłem to przed chwilą szukając śladów internetowej działalności prezydenta Iranu, i od razu natknąłem się na jego stronę na której Ahmadinedżad…bloguje! Okazuje się, że jego blog wystartował w połowie sierpnia, jest dostępny w 4 językach (wersja francuska jednak nie działa), można nadsyłać polemiczne teskty, a wybrane komentarze są nawet publikowane.

W tym miejscu mała dygresja. Skoro prezydent Iranu bloguje, Angela Merkel występuje w videoblogu, swojego bloga prowadzi także premier Australii John Howard może prezydent Lech Kaczyński odnalazłby się w jakieś internetowej roli ? Byłby wtedy bliżej ludzkich spraw.

Wszyscy czujemy przez skórę, że jesteśmy w tym momencie, gdy internetowa siatka tkana przez niezliczoną rzeszę użytkowników zaczyna przybierać zupełnie nowy kształt. Obdarzenie twórców cyfrowej kultury tak dużym prestiżem pokazuje, że tradycyjne media nie tylko dostrzegaja tą aktywność, ale zdaja sobie sprawę, że jest to nieodwracalna, cywilizacyjna druga fala internetu wywiera wpływ na ich biznes wydawniczy czy telewizyjny.
Zresztą opublikowane właśnie zestawienie najczęściej wpisywanych do Googla haseł tzw. Google Zeitgeist 2006 (lewa kolumna) dobrze oddaje ducha internetu w mijającym roku. Elementem tego krajobrazu są także blogujący politycy.
Rick Stengel, naczelny TIME’a rozumiejąc z jakim fenomenem ma do czynienia zachęcął internautów do nadsyłania swoich propozycji wrzucając 30 sekundowe nagranie właśnie do YouTube.


Tags: , , , ,


Żyjemy w błogosławionych czasach

14 gru 2006 | 0:07 | konwergencja | Dodane przez: Marek Scibior | Skomentuj
Henry Jenkins (gościł na konferencji Kultura 2.0) w swojej najnowszej książce “Kultura konwergencji. Zderzenie starych i nowych mediów” (właśnie ukazał się polski przekład książki) pisze: W którąkolwiek stronę spojrzeć, ludzie biorą media we własne ręce - prowadzą dialog z mediami masowymi, tworzą własne społeczności sieciowe, uczą się myśleć, pracować i przetwarzać kulturę na różne sposoby.           

Przykładów na słowa Jenkinsa nie trzeba szukać daleko: Wikipedia, Digg, Flickr, YouTube, MySpace, jakieś 30 milionów aktywnych blogów i dziesiątki innych miejsc w Sieci, gdzie władzę przejmują dziś internauci dowodzą jego słów. Porzucając skórę biernego odbiorcy internauci wcielają się w twórców, autorów i redaktorów, czy jak to sie określa jednym słowem - prosumentów. Ich entuzjazm zmienia oblicze internetu w takim stopniu, że serwisy oparte zasilane energią użytkowników stanowią poważną konkurencję a czasami i biją na głowę “tradycyjnych” internetowych graczy.

O ile łatwo się zgodzić z tą banalną prawdą, o tyle trudniej zgodzić się w ocenie przyczyn tego stanu rzeczy. Kultura uczestnictwa, trend nazywany web 2.0 przeżywa swój rozkwit, choć ostrożnie mówiąc na razie mamy jej wigilię, a najlepszy czas dopiero nadchodzi.

Na konferencji zrzeszającej wydawców prasy, która odbyła się w listopadzie w Wiedniu Robert Cauthorn, twórca StarNet, jednej z pierwszych zyskownych gazet w internecie, dziś szef Citytools, przekonywał wydawców, że żyjemy w błogosławionych czasach, a sztuka opowiadania przeżywa swój renesans. Dowodem wspomniane wcześniej serwisy społecznościowe.

Co takiego jest w opowieściach, gdzie drzemie ich magnetyczna siła? Wiele lat temu w TVN emitowany był program Edwarda Miszczaka pt. „Urzekła mnie twoja historia”. Tytuł programu oddawał jego zawartość. Przed kamerą występował konkretny człowiek, który miał do przekazania swoją, osobistą opowieść. Reporter niczym akuszerka pomagał narodzić się tej opowieści i nadawał jej tok. Dziś internetowe narzędzia pozwalają podzielić się swoimi własnymi, osobistymi opowieściami, tyle że już bez udziału pośredników. W końcu motto YouTube brzmi: Broadcast Yourself.

Robert Cauthorn w swoim brawurowym wystąpieniu, odwołując się do kaznodziejskiej niemal retoryki przekonywał, że opowieści są ciepłe i interesujące. Są zabawne i są intymne. Jeśli dzielę się z kimś swoją historią, jestem z nim w bliskim kontakcie, jesteśmy niemal jak przyjaciele. Przykazanie dla mediów: zapomnij o newsach, skoncentruj się na opowieściach, na historiach. News to opowieść, która przeszła przez tryby instytucji medialnej. Cauthorn pyta: czy pamiętasz dlaczego zostałeś dziennikarzem? Jego zdaniem obserwujemy teraz powrót do źródeł dziennikarstwa. I to jest nauka jaką internetowi gracze mają wynieść obserwując sukces serwisów społecznościowych. - Zapomnij  o dominacji, przełącz sie na dialog i i rozmawiaj z czytelnikami, a najlepiej pozwól im przemówić. Podziel się swoimi zasobami i tam, gdzie to możliwe oddaj je w ręce internautów. Zdaj się na ich mądrość, wykorzystaj ich energię i entuzjazm. Najlepsza rzecz jaką możesz zrobić to podzielić się autorytetem i nagrodzić prestiżem - podsumowuje Cauthorn.

Choć teza Cauthorna nieco redukuje rzeczywistość sprowadzając fenomen tych platform tylko do siły jaka leży w opowiadaniu i dzieleniu się opowieściami, jest jednak świeża i  wartościowa pod względem stosowanego przez niego języka.

Skoro dzielenie się to jeden z najstarszych cywilizacyjnych impulsów, nie musimy chyba już dłużej szukać dodatkowych wyjaśnień skąd taka popularność sieci P2P ;-)

Na marginesie dodam, że być może życie pisze dobre historie, ale paradoksalnie jednak - co pokazuje okładkowy temat grudniowego WIRED czy przykład z rodzimego podwórka z udziałem Krzysztofa Kononowicza- rekordy popularności biją te opowieści, które są wyreżyserowanym show. Warto o tym pamiętać.


Tags: , , , ,


Nowa Wirtualna Polska wygląda prawie jak Yahoo

13 gru 2006 | 1:53 | Internet, Media | Dodane przez: Krzysztof Urbanowicz | Skomentuj

To się czyta prawie jak Yahoo, to wygląda prawie jak Yahoo, ale to nie Yahoo. To nowa Wirtualna Polska.

Na pierwszy rzut oka, wp.pl po liftingu sprawia pozytywne wrażenie, mimo agresywnej reklamy, która zajmuje ok. 35% widocznej powierzchni na górze głównej strony.

Miła, błękitna kolorystyka, proste i czytelne menu, poziome i pionowe wyrównania, porządek na stronie, nie za duże zdjęcia, większa niż poprzednio czcionka - wszystkie te elementy wpływają korzystnie na konfort lektury. A na monitorze lektura jest wolniejsza niż na papierze m. in. ze względu na złe światło i gorszą rozdzielczość.

Portal wp.pl, choć pozostaje trochę toporny i brak mu dbałości o szczegóły estetyczne jak na gazeta.pl, wyróżnia się graficznie na plus na tle innych konkurencyjnych portali: onet.pl, interia.pl, o2.pl i to już jest sukces.

Strona główna Wirtualnej Polski została poddana radykalnej kuracji odchudzającej. W jej górnej części - tej, którą widać po otwarciu w przeglądarce - znikło ponad 30% informacji i elementów graficznych obecnych w poprzedniej wersji portalu. Wygląda to jednak dość ubogo w porównaniu do innych portali, jak onet.pl czy gazeta.pl, ale strona zyskała na przejrzystości.

Gdzie podziały się inne informacje i ramki, które zagracały poprzednią wersję portalu? Znikły za pięcioma zakładkami („Główna”, „Biznes”, „Zakupy”, „Rozrywka”, „Święta”) boksu informacyjnego na środku strony. To modne - bo oszczędnościowe - rozwiązanie, spopularyzowane przez Yahoo, jest dziś stosowane w dużej części nowoczesnych portali i witryn gazetowych na świecie.

Nowa Wirtualna Polska oferuje niestety niewiele możliwości personalizacji treści. W lewym górnym rogu, pojawił się skromny kącik z trzema modułami narzędziowymi „Twoja poczta”, „Twoja pogoda” i „Twój Horoskop”. Jeżeli dwa pierwsze zainteresują i mężczyzn i kobiety, to horoskop adresowany jest prawie wyłącznie do pań, gdyż tak w prasie jak i online panowie raczej ich nie czytają. Identyczne rozwiązanie znajdziemy w Yahoo, tylko wykonane ładniej i na prawej szpalcie, co tak naprawdę jest w tym przypadku bez większego znaczenia.

Na wp.pl można również „spersonalizować” boksy informacyjne „Wiadomości”, „Sport”, „Biznes” na prawej szpalcie. Użytkownicy mogą zadecydować ile informacji będzie zawierać dany boks. W sumie, to taka wersja My Yahoo dla ubogich.

Przy okazji liftingu stron, Wirtualna Polska zmieniła również logo. Teraz słynne słoneczko z internetowym zawijasem zostało zamknięte w nieregularnej plamie o zaakrąglonych kształtach. Przypomina ustawiony pod kątem ekran komputera. W zakładce przeglądarki wygląda jednak jak kleks, co chyba nie jest zamierzonym efektem.

Oto podstawowe wady nowej Wirtualnej Polski:

  • Za mała szerokość stron. Mają one niespełna 770 pixeli, podczas gdy Yahoo ma 950 pixeli. To kwestia rozdzielczości monitorów jakimi dysponują Polacy: ok. 10% z nich posiada jeszcze monitory 800×600 pixeli i to do nich dostosowuje się Wirtualna Polska.
  • Brak nawigacji przy pomocy tagów. Chmura tagów (tag clouds) pokazuje znakomicie co najbardziej interesuje czytelników w danym momencie.
  • Zbyt szerokie belki boksów informacyjnych „Wiadomości”, „Sport”, „Biznes” na prawej szpalcie.
  • Bugi: w mojej przeglądarce (Firefox 2.0 na Maca), prawy pionowy pasek znikł kilka razy, nie wszystkie artykuły się otwierają (np. „Sąd i Agora nasłały komornika na Andrzeja Leppera).
  • Brak wideo i podcastów na stronie głównej.

Czy nie można stworzyć dziś w Polsce nowego designu portalu nie oglądając się na Yahoo? Przykład Wirtualnej Polski pokazuje, że chyba nie.

Co Państwo o tym myślą?


Tags: , , , , ,


Sąd: Bloger jak każdy dziennikarz

6 gru 2006 | 0:18 | Internet | Dodane przez: Leszek Olszanski | Zobacz pierwszy komentarz

Na pierwszy wpis pozwolę sobie sięgnąć po informację nie najświeższą (czas, który upłynął od zeszłego tygodnia, to mam nadzieję, jeszcze nie „cała epoka w rozwoju sieci” ;) )
Sytuacja dość prosta: Oto w Saint John, największym mieście w kanadyjskiej prowincji Nowy Brunszwik trwa demonstracja przeciwko spotkaniu pomiędzy przedstawicielami związków zawodowych i przedstawicielami lokalnego biznesu. Demonstranci - ich obyczaje są najwyraźniej wszędzie podobne - wdzierają się na salę, by przerwać rozmowy. Krok w krok towarzyszą im dziennikarze. Interweniuje policja wyprowadzając protestujących. Jeden z zatrzymanych i skutych mężczyzn, uzbrojony w aparat fotograficzny głośno protestuje: Jestem blogerem, jak tylko robię zdjęcia!
Charles LeBlanc, bohater zdarzenia które odbiło się szerokim echem w prasie i w blogosferze na ikonę obywatelskiego dziennikarstwa nadaje się wyśmienicie. Bezrobotny Kanadyjczyk mieszka w wynajętym pokoju, w blogowaniu posiłkując się otrzymanym w prezencie aparatem cyfrowym i komputerem. Swoją twórczość poświęca głównie biedzie, kwestiom należytego traktowania dzieci chorych na ADHD i podszczypywaniu miejscowych „dużych mediów” w większości znajdujących się w rękach rodziny Irvingów, okupującej górne partie listy najbogatszych biznesmenów Kanady. Wcześniej wysyłał listy do redakcji, bloga otworzył w momencie gdy należące do klanu miliarderów gazety przestały drukować jego listy.
Sprawa LeBlanca trafia oczywiście do sądu, zarzut typowy: stawiane oporu funkcjonariuszom. Nietypowy za to wyrok: „Pracownicy tzw. mainstream media fotografowali i filmowali w tym samym czasie bez przeszkód ze strony policji. Należy uznać, że podsądny nie robił niczego złego, gdy został zatrzymany. Po prostu wykonywał swoją pracę zbierając robiąc fotografie i zbierając informacje do swojego bloga pośród innych reporterów. ”
Decyzja kanadyjskiego sędziego może zwiastować przełom w obywatelskim dziennikarstwie w krajach Zachodu. Oto bloger, nie tworzący jak ja i większość ludzi próbujących uprawiać ten gatunek zza biurka, lecz po reportersku zbierający informacje na miejscu zdarzenia zostaje oficjalne zaliczony w poczet dziennikarzy i obdarzony identycznymi prawami.
Po tym zwycięstwie LeBlanc nie zamierza spocząć na laurach. Obecnie toczy walkę z miejscowym sejmikiem, który zamknął przed nim drzwi pod zarzutem „molestowania pracowników”. Urzędnicy (których zresztą duża grupa nie zgadza się z tą decyzją) nazywają tak dziennikarskie pytania zadawane im przez człowieka nie pracującego dla typowej gazety, radia lub stacji telewizyjnej. Biorąc pod uwagę opisywaną wyżej decyzję sądu, jego szanse na sukces są spore. Ciekaw jestem, jak w obliczu „niezidentyfikowanego obiektu zbierającego informacje” wyglądałaby reakcja tradycyjnie wystraszonych i zamkniętych w sobie polskich urzędników. Może znacie podobny przypadek?


Tags: , , ,